|
Niniejszy wywiad zamieszczamy dzięki uprzejmości i za zgodą Redakcji miesięcznika „Miesiąc w Krakowie”, który od kilku lat współpracuje z Politechniką Krakowską. Wywiad został opublikowany w numerze 5/2009. 
Pochwała wszechstronności
Z prof. Leszkiem Wojnarem, dziekanem Wydziału Mechanicznego Politechniki Krakowskiej, rozmawia Elżbieta Konieczna
Nigdy dotąd nie czytałam takiego życiorysu. Zwykle ludzie chwalą się swoimi osiągnięciami między wierszami, a Pan robi to bez skrępowania: w szkole średniej byłem finalistą olimpiady matematycznej i najlepszym maturzystą, potem najlepszym studentem Politechniki Krakowskiej. Na pierwszą międzynarodową konferencję naukową pojechałem bez zaproszenia i spałem w akademiku na waleta, podczas drugiej nocowałem w samochodzie, a rano zakradałem się do znajomych w hotelu, by skorzystać z łazienki, na trzecią konferencję dostałem stypendium, zaś na czwartą już zostałem zaproszony. I tak, kawałek po kawałku, pisze Pan jasno o wszystkim, co się udało.
A kogo interesują moje porażki? Już w liceum podpadłem za twierdzenie, że zamiast uczyć się o kolejnych nieudanych powstaniach powinniśmy analizować życiorysy tych, którym się udało: Cegielskiego, Kwiatkowskiego, Curie-Skłodowskiej, Narutowicza… Oczywiście, istnieje niebezpieczeństwo, że mogę być odbierany jako chwalipięta.
To prawda. Ale jest też druga możliwość, że – jakby to powiedzieć – cierpi Pan na chorobę bezwzględnej szczerości.
Możliwe. Nie mam oporów przed mówieniem o trudnych sprawach. Gdy piszę recenzję czyjejś pracy, też robię to bez znieczulenia.
I dalej miewa Pan propozycje recenzowania czy też drastycznie ich ubywa?
Nigdy nie miałem ich za dużo. Ktoś mi opowiadał, że po pierwszym szoku przyszła refleksja: wprawdzie Wojnar ostro powybrzydzał, ale uwagi były konkretne, a końcowy wniosek jednak pozytywny. Czy to nie jest lepsze od grzecznościowej recenzji i uwag na boku, że praca była słabiuteńka, ale?… Tak, to prawda, że ta szczerość aż do bólu przyjaciół mi nie przysparza.
Czy odbija się to na pełnieniu funkcji dziekana?
Po pół roku sprawowania urzędu nie ma szans, żeby ocenić, czy jestem dobrym czy złym dziekanem. To się okaże dopiero za jakiś czas. Gdy startowałem w wyborach, zawarłem w programie pewne elementy, które nie powinny przysparzać mi popularności. W spokojniejszych czasach pewnie nie miałbym szans na wybór. Ale gdy takie ciało, jak Rada Wydziału, widzi zagrożenie, to wybierze samego diabła, byleby była szansa, że wyprowadzi okręt na spokojniejsze wody.
I to był właśnie taki moment?
Tak mi się wydaje.
Niech Pan da przykład z programu, który nie mógł Panu przysporzyć popularności.
Napisałem m.in., że jest bardzo zły kontakt studentów z dziekanatem i że trzeba zrobić głęboką reformę. Pracownicy administracji nie byli zachwyceni tym stwierdzeniem...
Czy w ciągu tego półrocza wykonał Pan jakiś ruch w tym kierunku, by studentom było bliżej do dziekanatu?
Wprowadziłem pewne techniczne rozwiązania, np. elektroniczny system kolejkowy. Każdy dostaje numerek i wie, kiedy mniej więcej zostanie obsłużony. Może sobie usiąść w bufecie, gdzie też jest wyświetlacz, więc się zorientuje, kiedy zbliża się jego kolej. Może coś zjeść, poczytać książkę, może iść na spacer. Ważne, że nie musi stać w kolejce. Została zwiększona liczba stanowisk obsługujących, tak że w momencie nawału pracy można przyjmować sześć osób naraz. W tej chwili słyszy pani na korytarzu szum, choć jest już po piętnastej. We wtorki dziekanat jest czynny do osiemnastej. Kiedyś to było nie do pomyślenia, zawsze był czynny tylko od dziewiątej do dwunastej.
Ilu studentów liczy wydział?
Kilka tysięcy.
Ilu pracowników naukowych?
Około dwustu trzydziestu, w tym ponad sześćdziesięciu samodzielnych. To już jest taka mała uczelnia. Dziewięć kierunków studiów. Tradycyjnie najwięcej studentów mamy na mechanice i budowie maszyn, coraz więcej na automatyce i robotyce, sporo też studiuje zarządzanie i inżynierię produkcji. Dużym powodzeniem cieszy się informatyka i energetyka, a w zeszłym roku wielu chętnych mieliśmy na inżynierię biomedyczną i transport.
Co by Pan doradzał młodemu człowiekowi, który zaczyna studia pod ciśnieniem atmosfery kryzysu, mając w perspektywie ukończenie ich za kilka lat. Na co powinien postawić?
Powinien się zastanowić, co chce robić po studiach. Czy chce uczyć, pracować w przemyśle, czy też prowadzić własną firmę? To bardzo ważne, bo studia trwają krótko, a następujący po nich okres aktywności zawodowej jest mniej więcej 10 razy dłuższy. Przykładem pozytywnym jest tu prof. Izabela Łętowska: to, że pracuje w zawodzie prawnika, nie przeszkadza jej realizować swojej życiowej pasji – muzyki. Czyli niekoniecznie pasja musi być tożsama z wykształceniem. Przykład negatywny: koleżanka skończyła biologię molekularną, bardzo ciężkie, podobne do medycyny studia. Po ślubie wyjechała do małego miasteczka, w którym mogła znaleźć pracę w szkole albo w szpitalu. Szkoła odpadła, bo jest nieśmiała i jak zobaczy więcej niż cztery osoby, to nie wie, jak się nazywa. W szpitalu też nie chciała pracować, więc przez jakiś czas była bezrobotna, a w końcu została urzędniczką w gminie. Trochę szkoda tych studiów…
Pana pasjonuje praca zawodowa?
Tak, mam to szczęście, że zarabiam pieniądze na tym, co lubię. Bycie dziekanem też mi sprawia frajdę. Zarządzanie kilkusetosobową grupą jest dużym wyzwaniem. Przed wyborami studenci zapytali mnie, co jest dla mnie najważniejsze w tej funkcji, co bym chciał zrobić na wydziale. Powiedziałem, że właściwie zależy mi tylko na jednym: żeby ktoś, jak minie dziesięć, dwadzieścia lat, powiedział: – Kurde, Wojnar to był zajebistym dziekanem. Z tej perspektywy nieważne, że być może teraz ludzie narzekają na pewne moje decyzje. Nie optymalizuję swoich działań pod kątem wyboru na drugą kadencję.
Pańscy mistrzowie?
Największym moim mistrzem był profesor fizyki w liceum – trochę gburowaty i opryskliwy, ale z poczuciem humoru. Był już na emeryturze i uczył tylko naszą klasę. Nowodworek jako nieprawomyślne liceum nie był dobrze widziany w kuratorium, wobec tego nie dostawał kasy na nowy sprzęt. Pracowaliśmy na przyrządach sprzed II wojny światowej, a ponieważ to były stare urządzenia, wyniki wykonywanych na nich doświadczeń często odbiegały od tego, czego się oczekiwało. I on za każdym razem powtarzał: – Nigdy nie naciągajcie wyników, tylko szukajcie przyczyn, które spowodowały, że wynik jest błędny. Tego nas cały czas uczył.
Jak się nazywał ten profesor?
Antoni Wolański, my mówiliśmy o nim: Wół. Był ciekawą osobowością, miał bardzo szerokie horyzonty, można z nim było porozmawiać o geografii, sporcie, historii sztuki, religii…
Nauczył Pana fizyki?
Przede wszystkim nauczył mnie niezależnego myślenia. Jeśli miałem jakieś sukcesy naukowe, to w dużej mierze zawdzięczam je temu krytycznemu podejściu, które on mi zaszczepił. Żeby nie wierzyć, że jak coś jest napisane, to musi być prawdą.
Zajmuje się Pan od dwudziestu lat komputerową analizą obrazu, ostatnio najczęściej we współpracy z lekarzami. Może Pan wytłumaczyć, na czym to polega?
To jest fascynujące zagadnienie. Idzie pani do dobrego radiologa, który patrzy na zdjęcie i mówi: – O, widzę tu złamanie. Pani też na to patrzy: – Jakie złamanie, skąd Pan to wie? – Jak to skąd, przecież to widać – odpowie. Wykształcenie dobrego radiologa to dwadzieścia lat doświadczenia, którego on później nie potrafi przekazać moim językiem technika. Współpracując z lekarzami, tłumaczę im: – Jeżeli zdołacie te elementy obrazu opisać tak jasno, że ja, nie będąc lekarzem, również będę je widział, to znaczy, że jesteśmy w stanie zautomatyzować analizę. Z kolei, jeżeli będzie ona robiona automatycznie, jest szansa, że lekarz nie będzie musiał przeglądnąć stu zdjęć, tylko dwadzieścia, ponieważ komputer odrzuci za niego wszystkie te, które nie budzą wątpliwości. To oszczędzi czas.
Tak prosto Pan to tłumaczy, że nawet ja wszystko rozumiem.
To jest takie zboczenie zawodowe.
Napisał Pan cztery podręczniki, w tym Komputerową analizę obrazu.
To przystępnie, choć ściśle napisana książka. W Internecie pojawiła się opinia, że jest to pozycja wręcz kultowa. Chodzi o bardzo wąską działeczkę, ale usłyszeć taką opinię to też jest jakaś frajda.
W swoim życiorysie wymienia Pan sto publikacji, ale ile według Pana jest z nich naprawdę ważnych?
Naprawdę istotnych pewnie kilkanaście.
A na jaki temat była książka, którą Pan wydał w Ameryce?
Dotyczyła zastosowań analizy obrazu w nauce o materiałach. Sprzedała się w ponad 1000 egzemplarzy. Jak na tak bardzo wąską dziedzinę to podobno jest niezły wynik.
Lubi Pan wykładać?
Lubię, ale jest to dla mnie wyczerpujące.
Sam wykład?
Po 30 latach pracy gardło odmawia posłuszeństwa. Poza tym staram się tak przygotować wykład, żeby studenci na nim nie posnęli, a to wymaga czasu.
Jeździ Pan na nartach, rowerze, uprawia żeglarstwo, grywa w badmintona. Dużo Pan czasu poświęca na sport?
Mniej, niż bym chciał.
Pisze też Pan wiersze, rysuje. Nie rozprasza się Pan na zbyt wiele dziedzin?
Może…
A jeśli tak jest, nie martwi to Pana?
Przestało w pewnym momencie. Lubię wygrywać, mam to w naturze, toteż przez wiele lat cierpiałem z tego powodu, że nie jestem wybitny. Naprawdę dawało mi to w kość. Piszę jakieś wierszydła, podobno nie najgorsze, ale Szymborską nigdy nie będę. Potrafię narysować coś śmiesznego, może nawet jestem najlepszym rysownikiem na Wydziale Mechanicznym, ale na pewno nie jestem taki dobry jak Mleczko. Nie mam tak dużego talentu graficznego, żeby mnie przyjęli na ASP, ale w gronie znajomych uchodzę za guru od grafiki, bo potrafię zaprojektować przyzwoity folder albo okładkę. W nauce doszedłem do etapu profesora, czyli odniosłem jakiś sukces, ale takich ludzi jest w Polsce parę tysięcy. W dodatku na pewno nie jestem naukowcem, który dostanie Nobla. Na nartach jeżdżę lepiej niż przeciętnie, ale nigdy nie wygrałem żadnych poważnych zawodów narciarskich. To mnie drażniło.
No i jak Pan sobie z tym poradził?
Stwierdziłem w pewnym momencie, że moją siłą jest wszechstronność. Nie jestem w niczym wybitny. No dobra, ale powiedzcie mi, ilu facetów potrafi naprawić odkurzacz i cieknący kran, wymurować kawałek ściany, zrobić zdjęcie do paszportu, upiec, ugotować… Wprawdzie nigdy nie będę szefem kuchni u Wierzynka, ale nikogo nie otruję. Tak samo tutaj na wydziale. Może nie jestem najwybitniejszym uczonym, ale potrafię odróżnić ziarno od plew, mam jakąś wizję zmian i czuję finanse, choćby dlatego, że prowadzę swoją własną, miniaturową firmę.
 Czy jest Pan człowiekiem szczęśliwym?
A co to jest szczęście?
Dobrze jest Panu na świecie?
Chyba nie najgorzej.
Ma Pan przyjaciół?
Mam nadzieję, że tak.
Wielu?
Nie, ja jestem samotnym wilkiem.
Co jeszcze mogłoby znamionować szczęście? Radość z pracy.
Pewnie tak. Byle nie wpaść w pracoholizm, bo to choroba. Na szczęście na zdrowie też nie mogę narzekać… (śmiech)
Ma Pan szczęśliwy dom?
Szczęście nie jest nam dane raz na zawsze. Trzeba o nie walczyć.
Cytuję wiersz z tomiku Ukłucie uczucia napisanego, przygotowanego do druku i wydanego własnym sumptem przez profesora Leszka Wojnara. Życie
Ja Ty My Drżymy Myślimy Tęsknimy On Ona One Zlęknione Zdławione Zranione Oni Wy Inni Kpinki Docinki Przecinki Życie
|